To tutaj, w kościele parafialnym św. Wojciecha Biskupa Męczennika w Lewiczynie znajduje się siedziba Pani Ziemi Grójeckiej, opiekunki sadowników, którzy zbierają owoce z największego sadu Europy oraz innych ludzi ciężko pracujących na roli. Sanktuarium Matki Boskiej Lewiczyńskiej odwiedzane jest najliczniej 15 sierpnia, w dniu uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, czyli popularnego święta ludowego Matki Boskiej Zielnej. Według chrześcijańskich apokryfów, gdy w połowie sierpnia apostołowie otworzyli grobowiec Maryi, zamiast ciała znaleźli w nim pachnące świeże zioła i kwiaty.
Jeśli korzystacie z wyznaczonych tras na Szlaku Jabłkowym, kościół w Lewiczynie jest jednym z przystanków Wielkiej pętli grójeckiej między sanktuariami.
ZOBACZ TEŻ:
SZLAK JABŁKOWY W NAJWIĘKSZYM SADZIE EUROPY
ROWEREM NA SZLAKU JABŁKOWYM. DOBRE OWOCE ZIEMI GRÓJECKIEJ
STRONA SZLAKU JABŁKOWEGO
Lwi czyn i góra usypana czapkami
Piękna modrzewiowa świątynia nie jest pierwszą wybudowaną w tym miejscu. Pierwsze wzmianki o kościele na wzgórzu między Grójcem a Goszczynem pochodzą z 1310 roku. Z tamtych czasów zapewne pochodzi także legenda o powstaniu tego pagórka. Podobno usypali go rycerze w podzięce za zwycięstwo nad wrogiem. Było to tak ważne i decydujące zwycięstwo, że nazwano je „lwim czynem” i stąd rzekomo miałaby się wywodzić nazwa miejscowości Lewiczyn. A że nie mieli taczek ani nawet wiader, więc usypali wzgórze nosząc ziemię w czapkach.
Co ciekawe, w całej Polsce są tylko dwie miejscowości o nazwie Lewiczyn, a druga również znajduje się na Mazowszu, ale w powiecie mławskim. Nazwa tej drugiej prawdopodobnie wywodzi się od imienia Lew lub Lewek.
Powstał więc na ręcznie usypanym wzgórku drewniany kościół świętego Wojciecha. Według legendy stało się to już w XIII wieku i może to być prawda, skoro udokumentowane zapiski dotyczące świątyni pochodzą z 1310 roku. Ponoć był to kościół wielki i piękny, miał kilka ołtarzy, ale czas i tak go nie oszczędzał. I kiedy budynek zaczął się rozsypywać, wierni postanowili wybudować nowy kościół.

Gust i moc Matki Boskiej z Lewiczyna
Wybrali też dla niego nowe miejsce – na szczycie naturalnego wzgórza zwanego Kopcem, gdzie kilka stuleci wcześniej istniało grodzisko. Nie wiedzieli, bo dopiero ich prapraprawnuki to odkryły, że było to stare grodzisko, miejsce zamieszkałe już w czasach przedchrześcijańskich. I że musiały tam istnieć wcześniej świątynie bogów, którym idea pobudowania nowego chramu prawdopodobnie wcale się nie spodobała. Nie w smak były podobne pomysły także samej Matce Boskiej, dlatego nocą przeniosła całe nagromadzone modrzewiowe drzewo na miejsce uświęcone starym kościołem. Dwa razy musiała tego cudu dokonać, ponieważ za pierwszym razem mieszkańcy sądzili, że to jakiś diabelski psikus i przenieśli drzewo na Kopiec, by po kolejnej nocy odkryć, że wróciło na stare miejsce.
Jest w tej legendzie gigantyczne ziarno prawdy – nowy kościół z modrzewiowego drewna, idealnego na budowanie trwałych, niemal niezniszczalnych budowli, powstał na miejscu starego w XVII wieku. Zresztą pierwszy też trzymał się dzielnie aż przez 300 lat!
Tak wygląda historia budowy obecnej świątyni według parafialnego archiwum:
„W roku 1603 odbyła się wizytacja biskupa poznańskiego, Wawrzyńca Groślickiego, który stwierdził, że stan drewnianej świątyni jest zły i grozi zawaleniem. Od tego czasu zaczęto gromadzić drewno z czerwonego modrzewia na budowę nowego kościoła. Stara świątynia była dość obszerna, mieściła w sobie kilka ołtarzy, z czego trzy znajdowały się w dobrym stanie. (…)
Po trzech wiekach istnienia pierwotnej świątyni, w latach 1606-1608 na jej miejscu powstała druga, bardziej okazała, pod wezwaniem Św. Wojciecha Biskupa i Męczennika, istniejąca do dziś. Została ufundowana przez podstolego czerskiego Prokopa Oborskiego. Konsekracja kościoła nastąpiła 27 kwietnia 1608 r. Kilka lat później (w 1616 r.) w protokole wizytacyjnym wysoko oceniono walory architektoniczne świątyni. W połowie XVII w. staraniem miejscowego proboszcza, Andrzeja Gałokowskiego, dobudowano dwuwieżową fasadę”.

Świątynia z modrzewiowego drewna
Kościół w Lewiczynie jest jednym z nielicznych drewnianych kościołów z początku XVII wieku, którym udało się przetrwać tyle stuleci. Budynek miał wyjątkowe szczęście – nie spłonął podczas żadnej z wojen, które przetaczały się przez te ziemie. Nie został zniszczony przez ludzi, dzięki statusowi sanktuarium miał przez cały czas stałą opiekę, a uszkodzenia były natychmiast naprawiane.
Ale nie sposób nie wspomnieć o niezwykłym materiale, z którego został wybudowany. Czerwone drewno modrzewiowe ma niezwykłe właściwości. Jest mocno nasycone żywicą i garbnikami, które działają jak impregnat, chroniąc jednocześnie drewno przed szkodnikami i grzybami oraz wilgocią. Z czasem ten niezwykły budulec nie próchnieje, jak inne gatunki drewna, lecz… kamienieje!
ZOBACZ TEŻ:
SANKTUARIUM MATKI BOŻEJ POCIESZENIA W CZERWIŃSKU NAD WISŁĄ
SANKTUARIUM MARYJNE W GÓRKACH. CUDOWNE ŹRÓDŁO I ŚWIĘTY HUBERT
WISKITKI. ŚWIĘTY DRZEWORYT, PAŁAC Z FRANCUSKIM SZNYTEM I PUSZCZA
Cudowny obraz z Częstochowy Mazowsza
Nazwisko Oborscy, które pojawiło się wcześniej, jest kluczowe dla powstania w Lewiczynie maryjnego sanktuarium. To właśnie ta rodzina sprowadziła do kościoła na swoich ziemiach ikonę, która zasłynęła później cudami. Pełnej drogi obrazu nie jesteśmy w stanie odtworzyć, wiadomo, że wędrował na Mazowsze przez Wielkopolskę. Obraz Matki Bożej Pocieszycielki Strapionych trafił do świątyni wkrótce po jej wybudowaniu.
Malunek na cyprysowych deskach przedstawiający Najświętszą Maryję Pannę z Dzieciątkiem na ręku przypomina obraz Matki Bożej Śnieżnej z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie. Miejscowa legenda mówi, że autorem portretu Pani Ziemi Grójeckiej jest sam św. Łukasz Ewangelista. Wzięła się zapewne stąd, że obraz jest ikoną w stylu bizantyjskim, której styl wywodzony jest od św. Łukasza właśnie.
Koronacji obrazu dokonali w 1975 roku kardynał prymas Stefan Wyszyński i metropolita krakowski kardynał Karol Wojtyła, ale kult maryjny w Lewiczynie rozwinął się już na początku XVII wieku w związku z modlitwami różańcowymi, a nasilił się w czasach największego zagrożenia dla miejscowej ludności: podczas szwedzkiego potopu w połowie XVII wieku i później, w wieku XVIII, gdy wraz w wojskami różnej narodowości na Mazowsze wkraczały epidemie śmiertelnych chorób i głodu. Wtedy też zaczęto nazywać Lewiczyn „Częstochową Mazowsza”.

Namiot wezyra i królewska monstrancja
Sława sanktuarium sprawiła, że pojawiały się w nim liczne i niezwykłe wota. Porucznik Zygmunt Zbierzchowski, właściciel dóbr pod Grójcem, w 1683 roku poprowadził pod Wiedniem szarżę chorągwi husarskiej królewicza Aleksandra, syna Jana III Sobieskiego i Marii Kazimiery, na samego Kara Mustafę, co miało olbrzymi wpływ na wynik bitwy. Udział samego królewicza w tym wydarzeniu był symboliczny: chłopiec miał wtedy zaledwie sześć lat. A bohater spod Wiednia po powrocie na Mazowsze ofiarował fragment namiotu wezyra Matce Bożej Lewiczyńskiej jako wotum.
Innym cennym darem dla sanktuarium była monstrancja ofiarowana świątyni przez króla Zygmunta III Wazę. A skoro już jesteśmy przy władcach i wodzach: Tadeusz Kościuszko właśnie w Lewiczynie opracowywał w 1794 roku plan obrony Warszawy przed armią Rosji.

Zabytek klasy zero
Skoro już zajrzeliśmy do środka, warto przyjrzeć mu się uważniej, ponieważ jest to zabytek klasy zerowej z bogatym barokowym wyposażeniem. Na stronie sanktuarium znajdziemy szczegółowy opis.
„Ołtarz główny z 1750 r. został ufundowany przez ks. Antoniego Wilskiego, kanonika żmudzkiego i proboszcza lewiczyńskiego. Ołtarze boczne pochodzą z 1742 r., ambona z 1753 r. Uwagę zwracają barokowa monstrancja z XVIII w., dwa XVII-wieczne feretrony, obrazy Przemienienia Pańskiego, Niepokalanego Poczęcia NMP, św. Antoniego i św. Marcina.
Najnowszy obraz przedstawiający św. Wojciecha to malowidło pędzla Jana Molgi z Warszawy, ufundowane przez parafian i księdza proboszcza Czesława Aulicha w 1995 r. Wśród darów znajduje się patera do konsekracji komunikantów, której używał Ojciec Święty do Mszy Świętej po powrocie do Rzymu z trzeciej pielgrzymki do Ojczyzny. Jednak najcenniejszym i najstarszym skarbem kościoła lewiczyńskiego jest Cudowny Obraz Matki Bożej, Pocieszycielki Strapionych, Pani Ziemi Grójeckiej”.
Żeby zajrzeć do środka, warto sprawdzić wcześniej, kiedy odbywają się msze. Świątynię obsługuje obecnie tylko jeden ksiądz, który otwiera kościół godzinę przed każdym nabożeństwem. Dlatego warto być wcześniej lub zostać po zakończeniu spotkań wiernych.
Do 2024 roku właśnie w Lewiczynie odbywały się dożynki ziemi grójeckiej, w 2025 roku przeniesione do stolicy powiatu. Obecnie największym świętem w tej miejscowości położonej między Grójcem a Białobrzegami jest odpust 15 sierpnia, w święto Matki Boskiej Zielnej. W uroczystościach bierze udział do kilku tysięcy osób.

Wenecjanin na lewiczyńskim cmentarzu
Jeśli odwiedzicie Lewiczyn – czy to podczas rowerowego rajdy, czy samochodowej wycieczki – warto zajrzeć na cmentarz przy kościele. Został na nim pochowany pewien… Wenecjanin. Postać niezwykła, która zapisała się także w historii tego terenu.
Antoni Łukasz Crutta, bo to o nim mowa, urodzony w Wenecji syn Włoszki i Albańczyka, był poliglotą, dyplomatą, polskim szlachcicem oraz – od czasu do czasu – poetą. Mówił świetnie wieloma językami, m.in. greką, łaciną, francuskim, angielskim, włoskim i polskim oraz ormiańskim, perskim, tatarskim i tureckim.

Ludzi takich jak on nazywano dragomanami, czyli pośrednikami między ludźmi Orientu a Europejczykami. Crutta, który przez pewien czas reprezentował interesy Republiki Weneckiej na Cyprze, trafił w drugiej połowie XVIII wieku na dwór Stanisława Augusta i został królewskim tłumaczem, choć to określenie zdecydowanie nie oddaje roli, jaką pełnił na przykład podczas międzynarodowych rokowań w 1768 roku. Według historyków to właśnie jego talentowi dyplomatycznemu Rzeczpospolita uniknęła uwikłania w wojnę rosyjsko-turecką. Niestety, później przyszły inne zagrożenia, a Crutta pod koniec życia przeniósł się do Lewiczyna, gdzie zamieszkał u swojej córki i jej męża Wojciecha Piotra Bedlińskiego.
Wszyscy troje zostali pochowani na przykościelnym cmentarzu w Lewiczynie. W 2025 r. nagrobek z początku XIX wieku został odnowiony, a w odsłonięciu monumentu uczestniczyła ambasador Republiki Albanii Mimoza Halimi.
Magdalena Walusiak

